Kotów w Essaouirze jest ogromna liczba. W Agadirze, szczególnie w porcie, też swego czasu było ich zatrzęsienie. Zainteresowali się jednak nimi Koreańczycy i portowe koty zostały wyłapane celem sprzedaży do Korei. Oczywiście sprzedane koty trafiły do koreańskich restauracji, a sami Koreańczycy zarobili na nich znacznie więcej, niż zarobiliby na owocach morza.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agadir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agadir. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 października 2015
Argan Phyto Hammam
Jeden
dzień chcieliśmy poświęcić dla własnego ciała i relaksu. Stąd pojawił się
pomysł, by skorzystać z masażu relaksacyjnego poprzedzonego peelingiem
oczyszczającym i wygładzającym naskórek. Trzygodzinna wizyta w Argan Phyto
Hammam to koszt 350MAD, którego nie żałowałam ani chwili. Taki masaż polecany
jest szczególnie na początku wizyty w Maroko, bo idealnie przygotowuje skórę do
opalania. W pierwszej kolejności zostaliśmy zaprowadzeni do łaźni parowej,
gdzie po chwili panie płukały nas ciepłą wodą, smarowały nam całe ciało mydłem
peelingującym z arganu, wcierając je dokładnie za pomocą specjalne rękawicy.
Następnie panie posmarowały nas olejkiem do peelingu enzymatycznego i
zaprowadziły w szlafrokach na tarasach, żeby zmiękła nam skóra. Tam zostaliśmy
poczęstowani herbatą, a po około pół godzinie każdy z nas znalazł się na
osobnym łóżku pod opieką masażystki. Ostatnia godzina to prawdziwy masaż
relaksacyjny, obejmujący całe ciało i urozmaicony spokojną muzyką, kojącą
wszystkie zmysły. Wyszliśmy stamtąd jak nowo narodzeni , na koniec zakupiłam
jeszcze waniliowy olejek arganowy do masażu za 120MAD.
Port rybacki w Agadirze
Zapach ryb unoszący się po całym Agadirze przypominał nam
niejednokrotnie o konieczności odwiedzenia portu rybackiego. Idąc wzdłuż
wybrzeża spodziewaliśmy się, że zobaczymy z daleka kilka kutrów i alejkę ze
smażalniami ryb, o której wspominał nasz rezydent, ale na miejscu czekała na
nas niespodzianka w postaci miejscowego rybaka. Ten zaczepił nas już przed
wejściem i zaczął dobrowolnie oprowadzać po miasteczku portowym.
Lepszego
przewodnika nie mogliśmy mieć, pan znał w porcie wielu pracowników więc mimo,
że byliśmy dla nich nie lada atrakcją, starali się nie przerywać pracy. Nam
pozwoliło to dokładnie przyjrzeć się zarówno wykonywanym czynnościom, jak i
samym rybakom. W pierwszej kolejności zostaliśmy oprowadzeni po
pomieszczeniach, w których składowane były ryby na eksport, a następnie przez
mini targ, gdzie miejscowi mogą zakupić ryby i owoce morza. Najbardziej
zaskoczył nas widok złowionych rekinów, w tym jednego mającego ponad 2 metry
długości. Niestety nie udało nam się załapać na prawdziwy Fish Market, gdyż ten
otwarty jest w godzinach 5:00-10:00, a my dotarliśmy do portu nieco po 10:00. Mimo
to, rybak-przewodnik pokazał nam jeszcze kilka gatunków łowionych ryb, w tym
płaszczki i małe wąskie rybki z rodziny rekinowatych. Charakterystyczne dla
nich jest to, że głaszcząc je od głowy do ogona czuje się gładką powierzchnię,
a głaszcząc odwrotnie, mocno chropowatą, wręcz ostrą skórę.
Kolejnym punktem była miejscowa stocznia, gdzie produkowane
są kutry rybackie. Okres budowy jednego to około 1 rok, a materiał, z którego
są wykonane, to w większości drewno drzewa arganowego.
Po kilku minutach spaceru dotarliśmy do samego portu, gdzie
dosłownie co kilka minut przypływają nowe kutry. Dowiedzieliśmy się, że
największe łodzie wypływają w głąb oceanu i wracają dopiero po pięciu dniach.
Codziennie do portu transportowanych są tony ryb, z czego największą liczbę
stanowią sardynki. Port rybacki a Agadirze zajmuje bowiem pierwsze miejsce na
świecie pod względem połowu tych ryb. Co dziwne, w samym Agadirze trudno je
kupić, są bowiem przeznaczone typowo na eksport. Na miejscu łatwiej dostać inne
ryby: śledzie oceaniczne, makrele, sole, a także owoce morza. Na nas największe
wrażenie robiły nowo przybyłe kutry, z których rybacy wynosili kolejne
przepełnione rybami skrzynie. Byliśmy oszołomieni ilością ryb, jakie jest w
stanie pomieścić jeden kuter, a przecież kutrów w porcie było mnóstwo, jeden
stał obok drugiego, a obdrapane boki świadczyły o tym, że łodzie często się o
siebie ocierają.
Koniec końców, po obejściu całego portu, nasz przemiły
przewodnik otrzymał od nas 40MAD i od razu spojrzał z niemałą pogardą, że kwota
jest za mała, a takie zwiedzanie to koszt około 150MAD. Na taką kwotę znowuż my
się nie zgodziliśmy i ostatecznie stanęło na 70MAD. Wcześniej rybak pochwalił
się jeszcze swoją kartą rybacką, z której wynikało, że jest rybakiem, od kiedy
ukończył 22 lata (pan z rocznika 1955 r.) i ma ważność do 2049 r. My oczywiście
życzymy panu zdrowia na tyle lat, bo w końcu ktoś musi oprowadzać kolejnych
turystów po porcie.
Dromadery
Nieziemsko
polubiłam dromadery! Nie przepuszczę żadnej zbliżającej się okazji, by jakiegoś
pogłaskać, bądź wyruszyć na jego grzbiecie. Samo wejście na camela to nie lada
atrakcja, która często przysparza wiele radości. Nie ukrywam, że jako
początkująca na początku mocno ściskałam uchwyt z przodu wielbłąda, ale kilka
minut wystarczyło i już swobodnie wczułam się w charakterystyczne ruchy tego
pięknego zwierzęcia. Nasza karawana składała się z pięciu wielbłądów, prowadził
Atlas, następnie Jackie Chan, Godzilla, nasz Moo-Moo i na końcu uroczy Zachari.
Jazda na camelach to moim zdaniem ważny punkt wizyty w krajach
północno-afrykańskich, mimo, że początkowo czułam lekką niepewność, później
delektowałam się przyjemną podróżą. Pan, który prowadził karawanę, miał ogromne
poczucie humoru i niejednokrotnie popędzał wielbłądy, by zaczęły galopować. Gdy
poprosiłam go o zrobienie nam zdjęcia, pomachał nam i udał, że ucieka z
aparatem za pobliskie palmy. Trzeba przyznać, że humor mu dopisywał, dzięki
czemu wycieczka okazała się także świetną zabawą. Co ważne, pan poprowadził
karawanę po specjalnie przygotowanym piaszczystym terenie, przypominającym
półpustynię, znajdującym się niedaleko posiadłości królewskiej, a ostatecznie
prowadzącym do pięknego dorzecza rzeki Sus. Jeżeli ktoś ma obawy, że jest to
krótka 10-minutowa przejażdżka, to wyjaśniam, że biuro bardzo się postarało.
Jazda dromaderami trwała prawie dwie godziny i zakończyła się poczęstunkiem
herbatą i ciasteczkami marokańskimi. Wycieczka, której koszt to 250MAD (około
110zł) została zorganizowana przez biuro New Approach Holidays i zdecydowanie
warta jest polecenia.
Souk w Agadirze
Obowiązkiem odwiedzającego Agadir jest ogromne targowisko,
tzw. souk, na którym można kupić dosłownie wszystko: owoce i warzywa,
regionalne przyprawy, herbatę, ubrania, chusty, buty (w tym dobre skórzane
kapcie), naczynia (w tym imbryki i tadżiny), ceramikę i wiele innych, często
zaskakujących rzeczy. Souk El Had, który położony jest około 3 km w głąb lądu,
zaskoczył nas swoją dużą przestrzenią i różnorodnością dostępnych towarów.
Dla
podtrzymania tradycji i chęci kupienia taniej, dobijaliśmy targu z handlarzami
i trzeba przyznać, że wychodziło nam to co najmniej dobrze. Jeden z handlarzy
powiedział, że jestem nieugięta, jak prawdziwy Berberyjczyk. Aby uzgodnić dobrą
cenę warto zacząć od stosunkowo niskiej kwoty i później stosując metodę na
obrażonego lub rozbawionego propozycją handlarza, udawać, że ta cena jest
zdecydowanie wygórowana. Oczywiście trzeba uważać też w drugą stronę, bo zbyt
niska kwota podana przez nas może obrazić właściciela straganu. Na szczęście,
mimo dość zacięto walczących handlarzy, udało nam się utrzymać poziom i wyjść
na swoje poprzez ustalenie całkiem rozsądnej kwoty. Często schodziliśmy z ceny
do około 30-40% początkowo podanej kwoty.
Nam udało się kupić piękne chusty kaszmirowe, każda za cenę
40 MAD (około 18zł). Była to jednak cena przesadnie niska i długo o nią
walczyłyśmy. U innych handlarzy cena takich samych chust wyniosłaby najmniej
45-50 MAD. Przechodząc przez jedną z alejek trafiliśmy też na pana, który
sprzedawał herbaty i poprosił Piotrusia o wysłanie mu kartki z Polski. Napisał
na kartce adres i zaprosił nas do skosztowania marokańskiej herbatki słodzonej
naturalnie stewią. Pan w ciągu kilku minut przygotował herbatę i zrobił mi na
dłoni szybki tatuaż z henny. Chciał też namówić nas na zakup szafranu, choć
marokańskie ceny tej cennej przyprawy były dla nas zbyt wysokie (20 MAD za 1
gram).
W innym dniu, gdy odwiedziliśmy Souk El Had, zaczepił nas
również pan sprzedający herbatę i przyprawy, przedstawił nam swojego tatę, z
którym od dziesięcioleci dbają o wspólny interes na targu. Zostaliśmy
zaproszeni, aby usiąść na ławkach w środku straganu i wysłuchaliśmy krótkiej
prezentacji na temat przydatności oferowanych produktów. Handlarz pokazał nam
między innymi dostępne mieszanki ziół wskazując, w jakich sytuacjach powinniśmy
je zastosować. My zdecydowaliśmy się na herbatę i stewię w listkach, a znajomi
dodatkowo na kilka przypraw. Prawdziwa batalia zaczęła się później, gdy przyszło
do targowania ceny. Początkowe wydawały się nam wręcz koszmarnie wysokie. Przykładowo za woreczek stewii i cztery 100 gramowe woreczki herbaty handlarz
zażyczył sobie ode mnie 150 MAD (około 65zł), a udało mi się zejść do ceny 50
MAD (20zł). Gdy dobiliśmy targu pan zaczął walczyć z kolegą o cenę za jego
żonę, moją dobrą znajomą. Już na początku wspomniał o 3 tysięcy cameli,
podczas, gdy jego brat za mnie chciał dać jedyne 100. Uroda mojej znajomej
ewidentnie podobała się tutejszym panom, bo nie była to jedyna podobna
propozycja, która przysporzyła nam wiele śmiechu. Oczywiście na koniec targ
zakończył się wspólnym zdjęciem i prośbą o jego wysłanie na adres e-mail
handlarza.
Souk wyjątkowo bogaty w towary kusił non stop, by
robić zdjęcia. Na niektórych udało się nawet uchwycić Marokańczyków w trakcie
wyrabiania olejku arganowego. Trzeba tu być, aby poczuć klimat, ale żywię
nadzieję, że zdjęcia choć trochę oddadzą urok tego miejsca.
Kasba
Choć poranek był mglisty, bezpośrednio po śniadaniu
ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku wznoszącego się nad Agadirem wzgórza.
Przyciąga ono wzrok każdego turysty ze względu na charakterystyczny, pisany po
arabsku napis, który podświetlany jest każdego wieczoru. Trzy słowa oznaczają :
„BÓG-KRÓL-OJCZYZNA”.
Idąc spokojnym marszem przez około 1,5 godziny
dotarliśmy na górę, by móc podziwiać mury obronne kasby. Na górze spotkaliśmy
kilku handlarzy pamiątkami oraz piękne wysokie dromadery przygotowane na krótką
turystyczną przejażdżkę. Kilkuminutowa jazda to koszt około 20 MAD, my jednak
mieliśmy w planach dromadery w innym dniu więc tutaj tylko się im
przyglądaliśmy. Kasba, czyli jedyna pozostałość po dawnym Agadirze, to
wznoszące się nad miastem ruiny. Choć są
to głównie pozostałości murów, wzgórze zachęca turystów przepięknym widokiem na
całe miasto, port rybacki i wybrzeże Atlantyku. Nie udało nam się przybyć na
górę w trakcie zachodu słońca, a to właśnie ta pora przyciąga największym
pięknem. Nas pogoda trochę zawiodła, przynosząc śnieżnobiałą mgłę, uniemożliwiającą
obserwację całkowicie. Za to dostarczyła nam wrażeń, typowych dla tego regionu,
bo nie ukrywam, że była to mgła magiczna, wręcz tajemnicza.
Kościół katolicki w Agadirze
W niedzielę postanowiliśmy wybrać się na mszę świętą do
kościoła katolickiego w Agadirze. Już po drodze, szukając właściwej uliczki,
zagadnął nas pan, który chętnie i z własnej woli poprowadził nas do bramy
kościoła. Sami moglibyśmy mieć problem ze znalezieniem wejścia, kościół bowiem
to nie tradycyjna duża budowla z krzyżem, a mały budynek przypominający dom z
ogródkiem.
Dlaczego opisuję kościół? Bo msza była wyjątkowa i
zgodnie z opowieściami, właśnie taka jest tu w każdą niedzielę. Ta wyjątkowość polega
na gromadzeniu w środku różnych narodowości i prowadzeniu mszy w kilku
językach, w zależności od przybyłych wiernych. Kolejne elementy mszy odbywały
się na zmianę w języku francuskim, polskim, częściowo także w niemieckim,
angielskim i hiszpańskim. Idea tego miejsca to również prowadzenie fragmentów
mszy świętej przez samych wiernych. W naszym przypadku Pismo Święte czytane
było m. in. przez Hiszpana, psalm śpiewany przez Polkę, a dary przynoszone
przez idące do ołtarza tanecznym krokiem Francuski. Msza Święta okazała się nie
tylko modlitwą, ale także ciekawym doświadczeniem, które pozwoliło dostrzec,
jak inne narodowości celebrują spotkanie z Bogiem. Co nadało pewnego
sentymentu, po błogosławieństwie, ksiądz osobiście dziękował przybyłym za
udział w liturgii, podając każdemu wychodzącemu rękę i chętnie zgadzając się na
wspólne zdjęcie.
Plaże w Agadirze
Plaże w Agadirze są szerokie i rozciągają się na ładnych
kilka kilometrów. Delikatne zejście powoduje, że przy brzegu spaceruje wielu
Marokańczyków, a turyści chętnie korzystają z wyjątkowo ciepłej, jak na ocean,
wody. Słońce, typowo afrykańskie, delektowało gorącymi promieniami i
nieświadomie opalało mało przygotowany europejski naskórek. Podłoże
agadirskiego wybrzeża jest piaszczyste, choć niestety dość brudne, trzeba
uważać na pozostawione śmieci. Naszym oczom ukazały się między innymi
niemowlęce pieluszki, z których wypadła zawartość oraz igła zostawiona od tak
przy samym brzegu. Lepiej bez klapek się nie poruszać.
My korzystaliśmy z prywatnej plaży hotelu Anezi Tower, w
którym byliśmy zakwaterowani. Plaża nie odbiegała niczym od sąsiednich, dość
stare leżaki, pokryte startymi materacami, na środku huśtawka, a do oceanu
ponad 30 metrów. Ta spora odległość, podyktowana wchodzącymi mocno w głąb lądu
przypływami, powodowała w słoneczny dzień, konieczność spaceru po rozgrzanym do
granic możliwości piasku i przeciskanie się przez tutejszy (a jakże :) ) parawaning.
Marokańskie parawany, bardziej przypominające ręcznie wykonane namioty, chętnie
przykrywały bliższe wodzie powierzchnie. W oczy wpadał na plaży nie tylko
piasek, a raczej stroje Marokanek, odbiegające znacząco od naszych
dwuczęściowych pospolitych kostiumów. Kobiety bowiem, w odróżnieniu od naszego
pociągu do opalenizny, stronią od słońca i są w stanie zakryć każdy element
ciała, by tylko nie dotarły tam promienie słoneczne. Ubrane w zwykły strój
dzienny, z chustą okrywającą głowę, przesiadują na plaży opiekując się dziećmi.
Niektóre nie zważając na brak wygody i małą swobodę ruchu, wchodzą do wody w
pełni odziane, choć zapewne ubranie po wyjściu na brzeg, przemoknięte i przylegające do
ciała, nie daje takiej przyjemności, jak w naszym przypadku. My spotkaliśmy raczej
pierwszy rodzaj pań, które przesiadywały na plaży w towarzystwie członków
rodziny, nie korzystając z kąpieli w oceanie.
Trzęsienie ziemi
29
lutego 1960 r. – tę datę pamięta wielu mieszkańców Maroka, w szczególności tych,
którzy zamieszkują okolice Agadiru. Właśnie wtedy, w ciągu dosłownie 15 sekund,
wielkie trzęsienie ziemi, dosłownie zrównało miasto z ziemią i pozbawiło życia
15 tysięcy osób. Nie pozostawiło nawet śladu po miejskiej medynie, tak ważnej
dla samych mieszkańców, o charakterystycznej zabudowie z wąskimi uliczkami,
przypominającej często tunele, w których co kilkadziesiąt metrów był otwór
pozwalający na wpływ świeżego powietrza. Miasto, łącznie z medyną, zostało odbudowane
właściwie od zera więc nie dysponuje typową starówką, ale posiada dobrze
przystosowaną bazę hotelową.
Subskrybuj:
Posty (Atom)